Obejrzałam niedawno "Kramer vs. Kramer" w ramach pokazywania dzieciakom klasyki kina i uderzyło mnie, że to nie jest w zasadzie film o rozwodzie ani o tym, czy ojciec i matka równie dobrze mogą opiekować się dzieckiem.
To jest film o zjebaniu kapitalizmu w amerykańskim wydaniu.
Od pierwszej sceny zjebanie wchodzi na pełnej, kiedy widzimy Mr Kramera, który siedzi w pracy długie godziny, zamiast być z żoną i dzieckiem. Po pierwsze - siedzi i rozmawia z szefem o emocjach przy kupowaniu płaszcza Burberry, a nie o pracy; "buduje relacje" z przełożonym zamiast z własną rodziną. Po drugie - czym jest ta jego niezwykle ważna, dochodowa praca, której poświęca cały swój czas i siły? Wydobyciem węgla, leczeniem ludzi, uprawą zboża, inżynierią mostów, wywożeniem śmieci? Nie, Kramer projektuje reklamy. Tak, jest w tym świetny i mamy nawet zasugerowane, że jest bardziej artystą niż chałturnikiem - niemniej jednak robi rzeczy, które wprawdzie przynoszą dochód i nakręcają gospodarkę, ale bez których świat funkcjonowałby równie dobrze. Po trzecie - dlaczego jego żona nie pracuje i nie ma życia poza sporym już, pełnosprawnym, chodzącym do przedszkola synem-jedynakiem? Czy musi nosić wodę, palić w piecu, doić krowy i plewić ogród warzywny, żeby rodzina przetrwała? Nie, Mrs Kramer jest potrzebna do sprawowania pełnej opieki nad dzieckiem i do organizowania życia Mr Kramerowi, żeby on mógł poświęcić się w pełni... Tak, tak. Rysowaniu reklam, spotkaniom z klientami i pierdoleniu z szefem o płaszczach.
Mamy więc na wejściu:
- mężczyznę bez przestrzeni na życie rodzinne, wtłoczonego na 100% w rolę pracownika,
- kobietę bez przestrzeni na pracę, wtłoczoną na 100% w rolę żony i matki,
- dziecko niemal bez ojca, za to ze sfrustrowaną matką,
- przychód z reklam, dzięki któremu firma ma się dobrze, a Kramerom wystarcza na życie i ten jebany płaszcz Burberry.
To, co dzieje się potem, jest bolesne, straszne i złe, ale nie gorsze niż stan wyjściowy.
American nightmare.