Powiedzmy 2 lata temu, kiedy słyszałam ciężki wojskowy helikopter, a nie zwykłego ratownika, to myślałam: uff, ćwiczenia jakieś, nikogo nie zbierają z A4. A teraz myślę: cholera, już lepiej, żeby zbierali...
Sunday, 17 September 2023
W kogo wierzymy bardziej
Tatko zaproponował prowokacyjnie - choć nieoryginalnie - żeby dodawać obywatelom głosy w wyborach zależnie od odprowadzanych podatków: jeden głos ma każda pełnoletnia osoba, drugi i kolejne dostajesz wg progów podatkowych, tylko że bez ograniczeń z góry, aż do maksimum dochodu, jaki zdecydujesz się ujawnić przed państwem.
W odwecie zaproponowałam, żeby jeden głos miała każda pełnoletnia osoba, a dwa głosy - każda pełnoletnia osoba przed przejściem na emeryturę.
Friday, 4 August 2023
Transcendencja kuchenna
Osoby dramatu:
Pan Starszy: programista, pracuje w ukraińskiej firmie (to ważne)
Pani Starsza: też forma informatyczna, pracuje w ... (bez znaczenia)
Pani Młodsza: świeża studentka, pracuje dorywczo z bachorami (to też bez znaczenia)
Pan Młodszy: student już nieco wysezonowany, pracuje w McDonald's na węźle Bielany (ważne)
Rzecz dzieje się w Polsce, w małym miasteczku, gdzieś na skraju A4.
Jest piątek wieczorem. Osoby dramatu siedzą w kuchni. Sfery koniugują po cichu.
---
Pan Starszy: ...wreszcie znalazłem, dlaczego się testy wywalają, znalazłem ten pierdolony kawałek kodu. I tam było PÓŁ STRONY KOMENTARZA, który wyjaśniał, dlaczego to kurestwo jest zrobione tak jak jest zrobione, i że wydaje się bez sensu, ale tak właśnie ma być. No i nareszcie mogłem napisać, żeby... [tu opowieść, jak zmienić unit testy].
Pani Starsza: Fajnie. A kto napisał ten komentarz?
Pan Starszy: Nie mam pojęcia. Anonimowy dobroczyńca, nie robiłem blame, żeby go ustalić. Jakie to ma znaczenie!?
Pani Starsza: To życzę temu komuś, żeby miał bardzo dobry weekend!
[subtelny szelest koniugujących sfer]
Pani Młodsza: TAK. I teraz przez cały weekend żadne rosyjskie rakiety ani drony nie polecą na Kijów. Na całym świecie strategowie i politycy będą się zastanawiać, o chuj chodzi, hazardziści będą obstawiać, powstanie parę teorii spiskowych. A wszystko po to, żeby Anonimowy miał dobry weekend.
---
Pani Młodsza: ...Pan Młodszy pisał, że mu wpierdolili w grafik pięć dni w tym tygodniu.
Pani Starsza: Jutro też pracuje?
Pani Młodsza: Też. Trzymajmy za niego kciuki, żeby nie przejeżdżała żadna kolonia, bo soboty są najgorsze.
[znowu coś szeleści]
Pani Starsza: TAK. I teraz właśnie jakaś wkurwiona matka dzwoni do organizatora kolonii, że JAK TO POSTÓJ W MAKU, i spanikowany kierownik wyjazdu w popłochu organizuje posiłek w Salad Story. Tak że Pan Młodszy będzie miał spokojną zmianę, zobaczysz.
---
Monday, 5 June 2023
Byłem wczoraj w Warszawie
Kolejny tekst mego ojca - wklejam za zgodą autora.
MARSZ
4 czerwca 2023
Byłem wczoraj w Warszawie, na marszu zainicjowanym
przez Donalda Tuska. Rozpocząłem od żurku z białą kiełbasą i przepiórczymi
jajkami w hotelu Metropol, poprzedzonego podwójnym esspresso tamże. To było
konieczne – w pociągu (do Białegostoku, wagon 11, miejsce 61) nie było wagonu
barowego! Potem w luźnym szyku (2 do 20 metrów między idącymi z flagami i bez
(jak ja), Alejami Jerozolimskimi skutecznie wygrodzonymi przez policję, już na
godzinę 12.30 doszliśmy do Ronda de Goula. Ronda z palmą, na tle gmachu byłego
Komitetu Centralnego, byłej „naszej partii”. Marsz zakończyłem około 21-ej w
Krotoszynie, gdzie z wagonu 11 pociągu z Białegostoku (ja znowu na miejscu 61) wysiedli
„zakolegowani” współpasażerowie – uczestnicy marszu. To była grupa nauczycieli
(dwoje germanistów), wymieniali się wrażeniami, odczuciami i relacjami o
sytuacji w pracy: pensum, „testomania”, zarobki w rejonie płacy minimalnej!
Wracam pod palmę. Tu nie było luźno, tu staliśmy w 3
lub 4 osoby na jednym metrze kwadratowym. Staliśmy, bo nie było szans na wbicie
się w rzekę idącą od strony Placu Trzech Krzyży w kierunku Placu Zamkowego,
niewątpliwie „zauważając” po drodze Pałac Prezydencki. Rzeka rozlała się
również na równoległe ulice oraz przejścia podwórzami. Tam było zdecydowanie
luźniej.
Około 14.30 zrobiłem „w tył zwrot”, by podwórzami i
Kruczą dotrzeć na Hożą, bo Placem trzech Krzyży i Alejami Ujazdowskimi ludzie
szli i szli, w szyku bynajmniej nie luźnym. Były
oszacowania, że uczestników jest około 500 tysięcy, inni twierdzili, że pół
miliona.
Na Hożej, w mieszkaniu mego nieżyjącego od kilku lat
przyjaciela (fizyk – reakcje jądrowe) widziałem się z jego żoną (też reakcje
jądrowe) i córką (bioinformatyka w Cambridge). Obie panie skróciły udział w
marszu, bo Ania spieszyła na lotnisko – dla marszu o jeden dzień przebukowała
lot do Anglii. Rozmawialiśmy nie tylko o Tusku. Ze wstrętem, ale było o Czarnku
czy o Glińskim. Nie zapomnieliśmy oczywiście o Kaczyńskim i jego sprawności oraz
skuteczności w wielowymiarowym (edukacja, energetyka, nauka, parlamentaryzm,
kultura, prawa człowieka, trójpodział…) rujnowaniu Polski.
Na zakończenie marszu, żegnając wysiadających w
Krotoszynie nauczycieli, uzgodniliśmy, że „nie odpuszczamy” i, jeżeli będzie to
konieczne, „do zobaczenia na następnych inicjatywach przywódców którym ufamy”.
Jeszcze o dwóch „marszowych” rozmowach telefonicznych.
Siergiej, uciekinier z Kijowa przez Wrocław do
Rostoku, nie wiedział nic o naszym święcie 4 czerwca 1989: o częściowo wolnych
wyborach, o „skończeniu się w Polsce
komunizmu” zakomunikowanym nam przez Joannę Szczepkowską, czy o otwarciu
drogi dla zburzenia muru berlińskiego.
Drugi mój rozmówca, to koniecznie szukał zdarzeń dla
zdyskredytowania marszu. Uczepił się Andrzeja Seweryna i jego dosadnego języka
w rozmowie z kimś bliskim. Przyznałem się memu koledze, że taki język, język z
użyciem słów „powszechnie uznawanych za wulgarne” lubię i często używam. Razem
z panem Andrzejem uciekamy się do takiego języka nie dla jego roli jako tzw.
przerywników, ale dla podkreślenia emocji, które w nas taka czy inna sprawa wywołuje.
No to jeżeli ja – „prostoj sowieckij inżenier” – doświadczam emocji, to co
mówić o człowieku o wrażliwości niepomiernie większej. O człowieku genialnym w
swej aktorskiej profesji i o nieprzeciętnym, bo długim i różnorodnym,
doświadczeniu życiowym. Nie dziw się kolego, że to, czego doświadczamy w
aktualnej erze rujnowania, wywołuje u ludzi emocje. Seweryn wyartykułował je w
zgodzie z odczuciami wielu z nas (moimi w 100%) i zrobił po mistrzowsku. Takie
omówienie Seweryna współpasażerowie skwitowali oklaskami.
Wrocław, 05.06.2023. Andrzej Nawrocki
Proszę w do mojego sprawozdania z Wwy dodać, że Przemek, syn mego ciotecznego brata Antka, wraz z żoną Dorotą i synem Mackiem, mieszkający w Oleszycach między Jarosławiem a Lubaczowem, reprezentował Podkarpacie.
Saturday, 20 May 2023
Style zarządzania
Różne miałam przygody z przełożonymi. Był dżentelmen, po którym odziedziczyłam biurko z seledynowymi kalesonami, ale za to wierzył we mnie - jak w "Grze Endera" - zawsze podnosząc poprzeczkę. Była wielka i nieco przerażająca Norweżka, dzięki której nauczyłam się nie spóźniać. Dla równowagi inny boss darł na mnie mordę w praskiej knajpie, tak że obsługa patrzyła w ściany, jeszcze inny potrafił tylko bełkotać skacowane "...iiżeby kwity były wporząąądchu...", a ktoś tam zwyzywał mnie od NKWD.
Po tym wszystkim Bogini zesłała szefa, któremu co prawda zdarza się kodować szybciej niż planować, ale za to jest i wizjonerem, i człowiekiem. Kiedy opowiedziałam mu o niefajnym potraktowaniu przez dość (na szczęście) przygodną, acz wysoko postawioną kołorkerkę, to powiedział po prostu: This sucks.
I jak go tu nie kochać...
(Kierownicy i kierowniczki, uczcie się: czasem właśnie tak brzmi empatia.)
Monday, 1 May 2023
Coście skurwysyny...
W maju 2004 weszliśmy do Unii, a ja kilka miesięcy później weszłam na porodówkę (1/4) z ogólnym poczuciem, że w kraju nie jest może idealnie, ale idzie ku dobremu i generalnie jakoś to będzie. Przez następnych 10 lat starczało mi życia na karmienie-przewijanie-tulenie, zarabianie na ten majdan (w różnych %), czytanie rzeczy branżowych, czasem czytanie książek i okazjonalnie pisanie felietonów do Chipa. Po tym czasie wyszłam z jaskini i ogarnęło mnie totalne WTF, w którym trwam do dzisiaj...
Monday, 17 April 2023
Ja nie skoczę?!
Przed Wielkanocą zabrakło w sklepie śledzi wyfiletowanych, przez co dostałam znienacka do obrobienia cztery śledzie solone i - że tak powiem - kompletne. Zamiast wpaść w histerię i powiedzieć, że TEGO TO JA NIE TKNĘ - wyszukałam w Internecie "jak filetować śledzia" i, klnąc straszliwie, oporządziłam cholerstwo. Wyszło smaczne i nawet bardzo się ośćmi nie pluło, a straty szacuję na 10-15%.
Co przypomniało mi starszą i bardziej krwawą historię z cyklu "przecież muszę sobie poradzić".
Rzecz działa się w przepięknej dziczy pod Lublinem, gdzie we czwórkę kwaterowaliśmy - chyba na czas Sylwestra i okolic - w agroturystyce, w autentycznym domku po babci: kuchnia z jadalną i piecem, dwie sypialnie, łazienka. Gospodarze mieszkali w dużym domu nieopodal, chodziło się do nich na obiady albo na konie, albo na jedno i drugie. No i zdarzyło się dnia pewnego, że na wycieczce przyuważyliśmy hodowlę pstrągów (czysty strumień czy wręcz źródło, coś pięknego!), o czym opowiedziałam gospodarzowi. Nic nie powiedział, tak ogólnie zresztą gadatliwy nie był.
Następnego dnia o 7 rano obudziło mnie pukanie do drzwi domku. Wypełzłam i otworzyłam; przez szparę w drzwiach wsunęła się ręka gospodarza z podrygującą reklamówką pełną żywych ryb.
I tu mogłam:
- powiedzieć gospodarzowi, że pomyłka i żeby to zabrał;
- obudzić ówczesnego małżonka z rytualnym ZRÓB COŚ;
- obudzić resztę towarzystwa i zacząć biadolić.
Ale nie.
Przede wszystkim zrobiło mi się żal pstrągów, że się męczą.
Po cichutku zarzuciłam coś na siebie, bo w kuchni było zimnawo. Naostrzyłam największy znaleziony nóż i "najsampierw" poucinałam rybom łby. (Jak się mocno złapie pstrąga przez ścierkę, a nóż jest naprawdę ostry, to da się to zrobić w sekundę bez żadnego głuszenia, a jak coś nie ma łba, to już nie cierpi, prawda?)
Potem wrzuciłam rybie zwłoki do dużego retro zlewu i bardziej spokojnie sprawiłam je do końca - rozcinanie brzucha, patroszenie, płukanie. Sprawione pstrągi ułożyłam do obcieknięcia, żeby potem nafaszerować je cytryną do wieczornego pieczenia.
I na tym etapie obudziła się reszta drużyny. Niemrawo weszli do kuchni i zastali mnie zakrwawioną po łokcie, nad zlewem pełnym rybich flaków.
Ale jak wieczorem pstrążki były upieczone, to nikt już tego nie pamiętał!