Thursday, 28 August 2025

3 dni w dziczy

Spędziliśmy z Księciem Panem 3 dni w czeskiej samoobsługowej chacie na odludziu w Rychlebach, z czego sporo czasu w uroczym kącie widocznym na zdjęciu. Od samego przyjścia podzieliliśmy się zadaniami w sposób nad wyraz tradycyjny: on rozpalał w piecu, nosił i grzał wodę, czyścił i uzdatniał zabytkowy bojler, a na koniec uzupełniał drewno - ja sprzątałam kuchnię z pozostałości myszy, czyściłam i smażyłam zebrane grzyby, zmywałam naczynia, a na koniec zamiatałam podłogi. (Jedzenie każdy robił dla siebie, bo on je mięso, a ja nie za bardzo). Nie umawialiśmy się na ten podział; chyba każde z nas wzięło się za to, na czym się lepiej zna.

A że ostatnio sporo rozmyślam nad patriarchatem i co z nim poszło nie tak, to mam taką 3-dniową analogię; całkowicie hipotetycznie, gdyby His Majesty wpadł na pomysł, że:

  1. Tylko on może chodzić po wodę, gdyż jest to zadanie wybitnie ciężkie i odpowiedzialne...
  2. Ja po wodę chodzić nie powinnam, bo to niebezpieczne, niewłaściwe i nieprzyzwoite...
  3. Jak nie doprawię grzybów tak jak lubi i w ogóle nie będę dla niego milsza, to nie będzie gorącej wody, zmywam w kubeczku zimnej, a o kąpieli mogę zapomnieć...
...to patriarchalne zjebanie wydarzyłoby się gdzieś między punktem 2 a 3.

PS. Tak naprawdę było cudownie; chwała Bogini, że Pan Pilot nie czytuje mego bloga, bo jeszcze by pomyślał, że się czepiam, a ja tu tylko teoryzuję na przykładzie.
P.PS. Bojler to te górne drzwiczki - za nimi jest baniak na wodę, a w nich kranik.
P.P.PS. Zachód słońca nad Lvi Horą i sławojką nie miał sobie równych.



No comments:

Post a Comment