Spędziliśmy z Księciem Panem 3 dni w czeskiej samoobsługowej chacie na odludziu w Rychlebach, z czego sporo czasu w uroczym kącie widocznym na zdjęciu. Od samego przyjścia podzieliliśmy się zadaniami w sposób nad wyraz tradycyjny: on rozpalał w piecu, nosił i grzał wodę, czyścił i uzdatniał zabytkowy bojler, a na koniec uzupełniał drewno - ja sprzątałam kuchnię z pozostałości myszy, czyściłam i smażyłam zebrane grzyby, zmywałam naczynia, a na koniec zamiatałam podłogi. (Jedzenie każdy robił dla siebie, bo on je mięso, a ja nie za bardzo). Nie umawialiśmy się na ten podział; chyba każde z nas wzięło się za to, na czym się lepiej zna.
A że ostatnio sporo rozmyślam nad patriarchatem i co z nim poszło nie tak, to mam taką 3-dniową analogię; całkowicie hipotetycznie, gdyby His Majesty wpadł na pomysł, że:
- Tylko on może chodzić po wodę, gdyż jest to zadanie wybitnie ciężkie i odpowiedzialne...
- Ja po wodę chodzić nie powinnam, bo to niebezpieczne, niewłaściwe i nieprzyzwoite...
- Jak nie doprawię grzybów tak jak lubi i w ogóle nie będę dla niego milsza, to nie będzie gorącej wody, zmywam w kubeczku zimnej, a o kąpieli mogę zapomnieć...
P.P.PS. Zachód słońca nad Lvi Horą i sławojką nie miał sobie równych.
No comments:
Post a Comment