Thursday, 28 August 2025

3 dni w dziczy

Spędziliśmy z Księciem Panem 3 dni w czeskiej samoobsługowej chacie na odludziu w Rychlebach, z czego sporo czasu w uroczym kącie widocznym na zdjęciu. Od samego przyjścia podzieliliśmy się zadaniami w sposób nad wyraz tradycyjny: on rozpalał w piecu, nosił i grzał wodę, czyścił i uzdatniał zabytkowy bojler, a na koniec uzupełniał drewno - ja sprzątałam kuchnię z pozostałości myszy, czyściłam i smażyłam zebrane grzyby, zmywałam naczynia, a na koniec zamiatałam podłogi. (Jedzenie każdy robił dla siebie, bo on je mięso, a ja nie za bardzo). Nie umawialiśmy się na ten podział; chyba każde z nas wzięło się za to, na czym się lepiej zna.

A że ostatnio sporo rozmyślam nad patriarchatem i co z nim poszło nie tak, to mam taką 3-dniową analogię; całkowicie hipotetycznie, gdyby His Majesty wpadł na pomysł, że:

  1. Tylko on może chodzić po wodę, gdyż jest to zadanie wybitnie ciężkie i odpowiedzialne...
  2. Ja po wodę chodzić nie powinnam, bo to niebezpieczne, niewłaściwe i nieprzyzwoite...
  3. Jak nie doprawię grzybów tak jak lubi i w ogóle nie będę dla niego milsza, to nie będzie gorącej wody, zmywam w kubeczku zimnej, a o kąpieli mogę zapomnieć...
...to patriarchalne zjebanie wydarzyłoby się gdzieś między punktem 2 a 3.

PS. Tak naprawdę było cudownie; chwała Bogini, że Pan Pilot nie czytuje mego bloga, bo jeszcze by pomyślał, że się czepiam, a ja tu tylko teoryzuję na przykładzie.
P.PS. Bojler to te górne drzwiczki - za nimi jest baniak na wodę, a w nich kranik.
P.P.PS. Zachód słońca nad Lvi Horą i sławojką nie miał sobie równych.



Monday, 25 August 2025

Crossover, czyli genu nie wydłubiesz

Kiedy pater familias zostaje w domu z najmłodszą latoroślą i jadą na Dni Fantastyki, to w drodze tam i z powrotem może powstać crossover. Na przykład taki:

[ona] "Zeus zamieniał się w byka, łabędzia, złoty deszcz i co tam jeszcze, żeby kogoś przelecieć. A jeżeli pewnego razu zmienił się w anioła...? Urodzony z tej relacji półbóg był tak wkurzony na biologicznego ojca, że wykorzystał odziedziczone supermoce do założenia własnej religii i wyrąbania ojcowskiej w kosmos."

[on] "To wyjaśnia, dlaczego nowa religia miała tak mało wspólnego z Jahwe. Który to Jahwe, jak już półbóg przestał dokazywać, wysłał agenta Saula z Tarsu, żeby tę nową religię chociaż trochę sprowadził do tego, co Jahwe lubi."

Monday, 11 August 2025

Kim oni są

Przeczytany niedawno "Tańczący z wilkami" nasuwa mi myśl, że w każdej masowej migracji - nawet sprawiedliwie uzasadnionej biedą czy prześladowaniami tam, skąd migrujący pochodzą - bierze udział na tyle duży procent ludzi, wzniośle to ujmując, nieprawych i podłych, że stają się zauważalni bardziej niż ci zwykli, porządni; zdaje się, że finalnie to nieprawi nadają ton całej migracji.

Zaraz poszły skojarzenia: Anglicy na majątkach w Irlandii czy Szkocji ("Rob Roy" z galerią podłych typów szlacheckich); Polacy na Kresach Wschodnich ("Szczenięce lata" z gwałtami, biciem i pogardą dla języków innych niż polski).

Nie umiem przewidzieć, na ile w ten schemat wpisze się masowa migracja z Afryki do Europy. Natomiast bałwan z flagą UPA na Narodowym pasuje jak ulał - będzie się o nim słyszało milion razy więcej niż o Jarosławie, która po prostu leczy pacjentów w moim miasteczku, czy o Witaliju, który od lat załatwia wszelkie drobne remonty w moim ulubionym pensjonacie w górach.

Korona G* Polski

Bielice zrobiły się popularne: zimą, odkąd gmina Stronie Śląskie przygotowuje trasy biegowe, i latem, bo po jednej stronie jest Kowadło, a po drugiej Rudawiec; obie góry należą do Korony Gór Polski. Co prawda wchodząc na jedną z nich od Bielic, potem schodząc i wchodząc na drugą, omija się wszelkie ciekawe miejsca i punkty widokowe, ale tak jest najszybciej i nic mi do tego.

Natomiast, w efekcie tanga między gminą a nadleśnictwem, które warte jest oddzielnej opowieści, w Bielicach latem, a do tego w weekend, robi się krucho z parkowaniem. Licząc od góry, czyli od wyjścia na szlaki, mieści się 20-30 aut przy leśniczówce, potem jest dość wąska i kręta droga przez wieś, na której od biedy gdzieniegdzie da się stanąć na poboczu, a kilometr niżej jest drugie miejsce postojowe przy górnym przystanku, gdzie upchnie się kolejne 20-30 samochodów. Kolejny kilometr niżej jest wielki parking przy wyciągu, na którym zaparkowałoby więcej aut niż na obu górnych parkingach razem wziętych, ale przecież nie po to ludzie przyjeżdżają chodzić po górach, żeby chodzić...

No właśnie.

W ostatnią sobotę dreptałam przez wieś z Chaty Cyborga na samym dole, wybierając się w miejsce szczęśliwie nieujęte w koronie czegokolwiek. Za parkingiem przy górnym przystanku minęłam starszą panią, która nieśpiesznie acz skutecznie, lewym poboczem, wędrowała do góry z balkonikiem. Pomiędzy górnym przystankiem a leśniczówką, w najwęższym miejscu drogi, stoi dom pana Janka. I dom, i pan Janek  są częścią miejscowego kolorytu, co w danym momencie objawiało się tak, że pan Janek ryczał WYPIERDALAĆ, a właściciel SUV-a wciśniętego ogromną siłą woli na pobocze usiłował się z panem Jankiem bić, czy też raczej przepychać na klaty. I pewnie by tę potyczkę wygrał, bo był dobrze napakowanym byczkiem na oko 35-letnim, a pan Janek jest ze 2 razy starszy i akurat znajdował się na sobotniej bani, przez co wylądował w pokrzywach, z ręką opartą o wiadro z kawałkami szkła, bo ogólnie ma tam niezłą rupieciarnię, aczkolwiek nic mi do tego.
Zdarzyło się jednak, że nadeszliśmy z konkubentem i wyjaśniliśmy panu byczkowi: na parkingu przy przystanku jest jeszcze sporo miejsca, a tu jak raz pan Janek ma dojście do wody. Być może nie chodziło zresztą o argumenty logiczne; może przeważyło to, że nazywaliśmy panem Jankiem kogoś, do kogo pan byczek  przed chwilą mamrotał na ty i tak raczej miał go za nic, w każdym razie wsiadł z familią do SUV-a i zjechał te kilkaset metrów niżej. 

A kiedy przestawiałam wiadro ze szkłem głębiej w pokrzywy, żeby pan Janek nie zrobił sobie krzywdy, podczas kiedy on prawie wstał i zachęcał do wypierdalania kolejną mistrzynię parkowania cudem ("przecież tu nie ma zakazu"), z dołu nadeszła akurat ta pani z balkonikiem i to ona jest prawdziwą bohaterką tej historii.

Saturday, 26 July 2025

Takie tam wnioski

20 lat temu doszłam do wniosku, że nie ma depresji poporodowej - jest poszpitalna: PTSD po opierdolu o nie taką koszulę, nakazanej lewatywie, wenflonie z oksytocyną, parciu na wznak, epizjotomii i wszechobecnym "dziecku pani chce zaszkodzić???" na wymuszenie posłuszeństwa.

Teraz dochodzę do wniosku, że nie ma syndromu pustego gniazda - jest syndrom pustej głowy. Jeśli macierzyństwo zabrało ci zainteresowania, potrzeby i prawo do ich realizowania, to po wyfrunięciu dzieci faktycznie zostajesz z niczym, smętnie wpatrzona w to, co po nich w gnieździe zostało: gówno, pierze i wypluwki.

Saturday, 12 July 2025

W małym miasteczku, po 16 latach

Życie w małym miasteczku ma pewne zalety i należy do nich porządek weekendu. Wiadomo, że w sobotę od dość wczesnego rana do raczej późnego popołudnia można używać że tak powiem na pełny regulator myjki ciśnieniowej, spawarki, hasać z kosiarką, piłą mechaniczną i tak dalej. Wiadomo, że w sobotę pod wieczór wypada przycichnąć, chyba że ma się imprezę. Wiadomo też, że przy niedzieli, o ile nikt tu nikogo nie pilnuje w sprawie wyjścia do kościoła względnie do płazika, o tyle kosiarki i spawarki należałoby sobie odpuścić, bo jeśli jest ładnie, to ludzie siedzą w ogródkach (z naciskiem na "siedzą"), a jeśli nie jest ładnie, to też oczekują względnego spokoju. Jeśli komuś dzieciak jeździ po posesji elektrycznym autkiem z trąbką, to co innego - ale zmęczy się w końcu i przestanie. Jeśli impreza, to też ludzka rzecz, że będzie głośniej - z podobną konkluzją.

Po 16 latach odbieram to bardziej jako wygodę niż ograniczenie: wiem, że w sobotę nikt nie przyleci do mnie z mordą, że piłuję, koszę czy wbijam paliki, za to najstraszliwszy hałas od sąsiada najpewniej skończy się przed sobotnim zachodem słońca, więc i ja z mordą latać nie muszę. Imprezy za płotem jednym czy drugim zdarzają się parę razy w roku i nie kończą się bynajmniej o 22, ale do moich i dzieciakowych imprez też nikt policji nie woła. Live and let live and so be it.

Saturday, 17 May 2025

Osobisty boomer

Dwoje boomerów siedzi i zrzędzi o tym, jak bardzo im się nie podoba, kiedy ludzie w sytuacjach zawodowych podpisują się Asia względnie Tomek.

- Bez problemu przyjmuję, kiedy facet identyfikuje się jako baba albo baba jako facet, albo w ogóle jest pośrodku. Ale jak ktoś w pracy identyfikuje się jako przedszkolak, to słabo. ... Znaczy, jako osoba przedszkolna.

- W tej sytuacji jest to raczej osoba w kryzysie przedszkolności.