Monday, 15 June 2020

My, DDO (Dynamiczni Drobnomieszczanie Online)

STAN NA 15 CZERWCA 2020

W moim bąblu społecznym nie wypada aktualnie śmiać się z:
- osób o orientacji seksualnej innej niż przeciętna,
- osób rasy innej niż biała,
- gwałtów lub pedofilii,
- Żydów,
- depresji,
- uchodźców.

W moim bąblu społecznym można aktualnie śmiać się z:
- madek i gówniaków (z wyłączeniem matki własnej),
- katolików (z wyznawców innych religii też, tylko ciszej),
- gospodyń wiejskich (chyba że ktoś jakieś zna, to wtedy nie),
- Cyganów (ale tak, żeby nikt ważny nie słyszał),
- foliarzy (z wyłączeniem aktualnych fobii i przesądów własnych),
- patologii 500+ (czyt. dowolnych osób wielodzietnych),
- Januszy, Grażyn, Sebixów i Karyn (czyt. osób wykształconych/oczytanych słabiej niż średnia bąbla).


Tuesday, 9 June 2020

Jak nie troll, to nie wiem







Albo jak jedziesz rowerem polno-leśną dróżką i natrafiasz na taki most nad wyschniętym strumykiem albo nawet rowem, zrobiony z solidnych granitowych bloków. Skąd one tam...? Okolica nie przestaje zadziwić. A miała być tylko mała eksploracja dwóch mostków nad A4 (Stróża-Piotrowice).

Ale serio, skąd w środku pola takie kloce granitu? Przychodzą do głowy 3 pomysły:
1) Ktoś coś innego z nich miał nieopodal (co? dolmen jakiś pragermański??) i zrecyklował, jak musiał umocnić mostek.
2) Droga istnieje dużo dawniej i wcześniej (przed budową A4) miała dużo większe znaczenie.

3) Po prostu mamy tu trolle.

Btw. napotkałam potem w Stróży panią siedzącą na przyzbie na podobnym bloku. Rozważałam zapytanie "Przepraszam, czemu pani siedzi na bloku granitu? Na snopku słomy się siedzi, proszę pani, na pniaku, na starym korycie - ale ten granit to, przepraszam, skąd???"
Nie zrobiłam tego i teraz mnie męczy.


Mostek jest na Mühl-Gr(aben) między Nieder Struse a Gr(oss) Peterwitz. 


Schmellwitzer Mühle

Pamiętacie historię o myciu roweru w rzece? Tamta wycieczka przez bagna była nieudanym poszukiwaniem ruin młyna w Chmielowie - Schmellwitzer M.(ühle) na mapie z 1932-1936, które dziś udało się znaleźć, tylko na drugim brzegu Strzegomki! Ostatni odcinek drogi dojazdowej do młyna od wschodu po prostu nie istnieje, most z Chmielowa też nie (ale to wiedziałam wcześniej). Deszcz, ścieżki dzików i pokrzywy na mój wzrost.

 Zdaje się, że już wiem, czemu młyn był "Schmellwitzer": bo kiedy go budowano, stał na lewym (chmielowskim) brzegu Strzegomki. Od Chmielowa (Schmellwitz) został oddzielony sztucznie przekopanym kanałem do regulacji przepływu (czarna krecha na mapie). Teraz tym kanałem płynie główny nurt (na ostatnim zdjęciu), a stary bieg rzeki został bagienkiem.
Weryfikacja tej teorii wymaga znalezienia jazu na południe od młyna, czyli jeszcze jednej wycieczki w błoto i pokrzywy.


A równolegle ciekawi mnie, jakim kuzynem Czerwonego Barona był ostatni pan na Schmellwitz?

Seks w trybie IKEA

Zakupy w Ikei są jak seks z kimś, kto ZA KAŻDYM RAZEM musi cię związać w baleron z wymyślnymi węzłami, potem wypić kawę z setką koniaku i trzema łyżeczkami cukru, wyguglać jak się rozwiązuje, powoli rozwiązać posapując i wtedy ewentualnie przelecieć albo i nie.
(Właściwie to miałam się pochwalić, że kupiłam fajne krzesło do pracy w BRW, które jest sklepem z meblami, a nie sposobem na spędzanie czasu).

Wednesday, 3 June 2020

Wstyd alternatywny

Wyobraźcie sobie rzeczywistość alternatywną, w którym seks nie jest w ogóle sprawą wstydliwą. W tamtym świecie wstydliwe jest za to kupowanie i sprzedawanie przedmiotów: legalne, ale tabu. W takim świecie oszuści byliby niemal bezkarni; podobnie bezkarni byliby ludzie, którzy nielegalnie handlowaliby z dziećmi. To taka trzecia myśl po obejrzeniu "Zabawy w chowanego" Sekielskich.

Pierwsza myśl przynosi oczywiście gniew na księży - albo cynicznych drapieżników, albo chorych szukających ofiar zamiast szukać pomocy - i na biskupów skurczybyków, którzy ich cynicznie i nieludzko kryli dla dobra korporacji, z całkowitym pominięciem dobra ofiar i przyszłych ofiar.

Druga myśl idzie za wątkiem wprost poruszonym w filmie: przenoszenie księży pedofilów do innych parafii robiło podwójną szkodę, bo nie tylko pozwalało im uniknąć odpowiedzialności, ale też pomagało polować na nowe ofiary na terenie, na którym nikt ich nie podejrzewał. Świat byłby trochę mniej brzydki, gdyby panowie biskupi zechcieli zamiatać sprawę pod dywan na przykład przez lokowanie występnych księży w zakonach zamkniętych, tym samym odsuwając ich dożywotnio od pracy z ludźmi. Że co, że to okrutne? Przez setki lat tak sobie radzono z "grzesznymi" kobietami. Nikt nie narzekał.

Friday, 22 May 2020

To potrwa

Tak, epidemia potrwa i trzeba żyć tudzież nie zarżnąć gospodarki. Tak, nie wymarło 10% populacji, większość przechodzi łagodnie. Tak, obostrzenia typu nie wychodzić z domu były idiotyczne (nie tylko przesadzone, ale też rypiące odporność, która nam się wielce przyda). Tak, bez planowych zabiegów i dostępnych szpitali ludzie będą umierać na zawały i wyrostki. Ale serio musimy wszyscy do knajp, fryzjerów i szkół? Serio bez masek już wkrótce? Kto nas kurwać uczył biologii?!

Absolutnie najbardziej optymistyczny wariant jest taki, że z pandemią będzie jak z rokiem 2000 - opinia publiczna po wszystkim uzna "eee, i po co było tak panikować" (niezorientowanym przypomnę, że przed 2000 było jakieś półtora roku ciężkiej pracy IT): jeśli nie wymrzemy, to właśnie dlatego, że "panikowaliśmy".

Sunday, 17 May 2020

Remote Zimbardo

Zdalne nauczanie w wersji polskiej coraz bardziej przypomina eksperyment Zimbardo na skalę ogólnokrajową. Kto da radę, ten przetrzyma - silni wyjdą bez szwanku - wybitni przejdą na nauczanie indywidualne - słabi są coraz bardziej w dupie. Zwłaszcza jeśli np. mama jest pielęgniarką, a tata jeździ tirem i nie ma kto z dzieciakiem siedzieć i ogarniać, co pani napisała na Librusie, co powiedziała na Zoomie zanim ją rozłączyło, a co wrzuciła w Teamsach. I co z tego wszystkiego trzeba doczytać z podręcznika, który się zgubił gdzieś między chaosem w domu a zamkniętą szkołą.

Dramat "nauczania zdalnego" pogłębiają dwa zjawiska, które istniały już wcześniej. Pierwsze to zawieszenie szkoły na rodzicach; modelowym uczniem polskiej szkoły jest jedynaczka (ewentualnie bardzo spokojny jedynak) niepracującej matki, niemającej innych zainteresowań niż dziecko i maksymalnie skupionej na obowiązku szkolnym, a przy tym wystarczająco wydolnej intelektualnie i emocjonalnie, żeby ten obowiązek z dzieckiem realizować. Bardzo niewielu nauczycieli w nauczaniu początkowym stawia na szybkie usamodzielnienie dzieci (przykłady za chwilę), a potem tylko podnosi się oczekiwania, nie patrząc na to, czy dzieciak nadąża, czy nadal panują nad wszystkim rodzice. Wiem, że emancypacja uczniów jest możliwa, bo 50% moich trąbli miało szczęście trafić na odpowiednią nauczycielkę w klasach I-III. Sama robię co mogę, żeby dzieci same zajmowały się swoją edukacją, bo jestem dokładnym przeciwieństwem modelowego rodzica: dużo pracuję, a odrabianie lekcji z dziećmi strasznie mnie wkurwia. Owszem, mogę pomóc, jak młode zapyta, ale kompletnie nie widzę tego jako codziennego punktu w swoim grafiku.
Awaryjne przełączenie na nauczanie zdalne (czy to w trybie Zoom, czy Librus) byłoby znacznie łatwiejsze, gdyby do tej pory codzienna praktyka szkolna zakładała, że:
- uczniowie wiedzą, jakie mają podręczniki, ćwiczenia i płyty rozplanowane na całe półrocze - szkoła dostarczyła i nauczyła ucznia ogarniać, co do czego; ilość tego majdanu musi być dostosowana do możliwości ucznia, nie rodzica!
- zadanie domowe jest przewidziane na samodzielną pracę ucznia, czyli też dostosowane do jego poziomu (włącznie z językiem, jakim jest napisane polecenie, i ustalonym miejscem, gdzie się zadania z danego dnia notuje);
- pomoce naukowe są rozpisane na całe półrocze i leżą w szkole (czyli można je łatwo zapakować w worki i wydać) - zapomnijmy o akcjach typu "na jutro blok A3 zielony gruby, kilo średnich gwoździ i lakier ferrari red".

Druga sprawa to program nauczania. Zrozumiałam dopiero parę miesięcy temu, co z nim jest nie tak, kiedy domowa 8-klasistka przyniosła wyniki próbnego egzaminu czy tam innej diagnozy z matematyki i przeczytałam, jak wygląda średni w kraju % poprawności wykonania tego czegoś: 30 czy 40. Co to znaczy 30% wiedzy z matematyki? Czy np. gwarantuje, że umiemy ułożyć i rozwiązać równanie z jedną niewiadomą, a z większą liczbą niewiadomych już nie? Że obliczamy powierzchnie figur, a z bryłami nam nie idzie? Że umiemy liczyć procenty, ale nie promile? Ni wuja. Oznacza to, że liznęliśmy przypadkowe rzeczy z równań, z powierzchni i z ułamków, które nie składają się w żadne rozsądne minimum wiedzy matematycznej, bo nie muszą. Niewyobrażalnie bez sensu jest model, w którym program nauczania obejmuje mnóstwo rzeczy, z których uczeń bardzo dobry ma opanować wszystko, a bardzo słaby - jakieś losowe fragmenty.
Gdyby nauczanie - zwłaszcza podstawowe - zbudować tak, że istnieje minimum, które opanowują wszyscy uczniowie, a do tego dokłada się rozszerzenia na poziomie 3, 4, 5 i 6, to byłoby się na czym oprzeć nie tylko w sytuacji epidemii czy innej klęski żywiołowej, ale też wtedy, kiedy uczeń choruje i przechodzi na nauczanie domowe, przeprowadził się i trafia do klasy o innym poziomie albo np. ma kryzys w domu i brak warunków do nauki. Nie trzeba by niczego wymyślać - wystarczyłoby backtrackować do programowego minimum.

Wiem, że nic takiego szybko nie nastąpi - ani szkoła dla uczniów, ani programy typu baza+nadbudowa. Piszę o obu rzeczach w sferze marzeń i pobożnych życzeń, bo jako kompletny antytalent pedagogiczny nie widzę się w szkole - chyba żeby na starość jako woźna ze szczotoganem.