Tuesday, 9 June 2020

Schmellwitzer Mühle

Pamiętacie historię o myciu roweru w rzece? Tamta wycieczka przez bagna była nieudanym poszukiwaniem ruin młyna w Chmielowie - Schmellwitzer M.(ühle) na mapie z 1932-1936, które dziś udało się znaleźć, tylko na drugim brzegu Strzegomki! Ostatni odcinek drogi dojazdowej do młyna od wschodu po prostu nie istnieje, most z Chmielowa też nie (ale to wiedziałam wcześniej). Deszcz, ścieżki dzików i pokrzywy na mój wzrost.

 Zdaje się, że już wiem, czemu młyn był "Schmellwitzer": bo kiedy go budowano, stał na lewym (chmielowskim) brzegu Strzegomki. Od Chmielowa (Schmellwitz) został oddzielony sztucznie przekopanym kanałem do regulacji przepływu (czarna krecha na mapie). Teraz tym kanałem płynie główny nurt (na ostatnim zdjęciu), a stary bieg rzeki został bagienkiem.
Weryfikacja tej teorii wymaga znalezienia jazu na południe od młyna, czyli jeszcze jednej wycieczki w błoto i pokrzywy.


A równolegle ciekawi mnie, jakim kuzynem Czerwonego Barona był ostatni pan na Schmellwitz?

Seks w trybie IKEA

Zakupy w Ikei są jak seks z kimś, kto ZA KAŻDYM RAZEM musi cię związać w baleron z wymyślnymi węzłami, potem wypić kawę z setką koniaku i trzema łyżeczkami cukru, wyguglać jak się rozwiązuje, powoli rozwiązać posapując i wtedy ewentualnie przelecieć albo i nie.
(Właściwie to miałam się pochwalić, że kupiłam fajne krzesło do pracy w BRW, które jest sklepem z meblami, a nie sposobem na spędzanie czasu).

Wednesday, 3 June 2020

Wstyd alternatywny

Wyobraźcie sobie rzeczywistość alternatywną, w którym seks nie jest w ogóle sprawą wstydliwą. W tamtym świecie wstydliwe jest za to kupowanie i sprzedawanie przedmiotów: legalne, ale tabu. W takim świecie oszuści byliby niemal bezkarni; podobnie bezkarni byliby ludzie, którzy nielegalnie handlowaliby z dziećmi. To taka trzecia myśl po obejrzeniu "Zabawy w chowanego" Sekielskich.

Pierwsza myśl przynosi oczywiście gniew na księży - albo cynicznych drapieżników, albo chorych szukających ofiar zamiast szukać pomocy - i na biskupów skurczybyków, którzy ich cynicznie i nieludzko kryli dla dobra korporacji, z całkowitym pominięciem dobra ofiar i przyszłych ofiar.

Druga myśl idzie za wątkiem wprost poruszonym w filmie: przenoszenie księży pedofilów do innych parafii robiło podwójną szkodę, bo nie tylko pozwalało im uniknąć odpowiedzialności, ale też pomagało polować na nowe ofiary na terenie, na którym nikt ich nie podejrzewał. Świat byłby trochę mniej brzydki, gdyby panowie biskupi zechcieli zamiatać sprawę pod dywan na przykład przez lokowanie występnych księży w zakonach zamkniętych, tym samym odsuwając ich dożywotnio od pracy z ludźmi. Że co, że to okrutne? Przez setki lat tak sobie radzono z "grzesznymi" kobietami. Nikt nie narzekał.

Friday, 22 May 2020

To potrwa

Tak, epidemia potrwa i trzeba żyć tudzież nie zarżnąć gospodarki. Tak, nie wymarło 10% populacji, większość przechodzi łagodnie. Tak, obostrzenia typu nie wychodzić z domu były idiotyczne (nie tylko przesadzone, ale też rypiące odporność, która nam się wielce przyda). Tak, bez planowych zabiegów i dostępnych szpitali ludzie będą umierać na zawały i wyrostki. Ale serio musimy wszyscy do knajp, fryzjerów i szkół? Serio bez masek już wkrótce? Kto nas kurwać uczył biologii?!

Absolutnie najbardziej optymistyczny wariant jest taki, że z pandemią będzie jak z rokiem 2000 - opinia publiczna po wszystkim uzna "eee, i po co było tak panikować" (niezorientowanym przypomnę, że przed 2000 było jakieś półtora roku ciężkiej pracy IT): jeśli nie wymrzemy, to właśnie dlatego, że "panikowaliśmy".

Sunday, 17 May 2020

Remote Zimbardo

Zdalne nauczanie w wersji polskiej coraz bardziej przypomina eksperyment Zimbardo na skalę ogólnokrajową. Kto da radę, ten przetrzyma - silni wyjdą bez szwanku - wybitni przejdą na nauczanie indywidualne - słabi są coraz bardziej w dupie. Zwłaszcza jeśli np. mama jest pielęgniarką, a tata jeździ tirem i nie ma kto z dzieciakiem siedzieć i ogarniać, co pani napisała na Librusie, co powiedziała na Zoomie zanim ją rozłączyło, a co wrzuciła w Teamsach. I co z tego wszystkiego trzeba doczytać z podręcznika, który się zgubił gdzieś między chaosem w domu a zamkniętą szkołą.

Dramat "nauczania zdalnego" pogłębiają dwa zjawiska, które istniały już wcześniej. Pierwsze to zawieszenie szkoły na rodzicach; modelowym uczniem polskiej szkoły jest jedynaczka (ewentualnie bardzo spokojny jedynak) niepracującej matki, niemającej innych zainteresowań niż dziecko i maksymalnie skupionej na obowiązku szkolnym, a przy tym wystarczająco wydolnej intelektualnie i emocjonalnie, żeby ten obowiązek z dzieckiem realizować. Bardzo niewielu nauczycieli w nauczaniu początkowym stawia na szybkie usamodzielnienie dzieci (przykłady za chwilę), a potem tylko podnosi się oczekiwania, nie patrząc na to, czy dzieciak nadąża, czy nadal panują nad wszystkim rodzice. Wiem, że emancypacja uczniów jest możliwa, bo 50% moich trąbli miało szczęście trafić na odpowiednią nauczycielkę w klasach I-III. Sama robię co mogę, żeby dzieci same zajmowały się swoją edukacją, bo jestem dokładnym przeciwieństwem modelowego rodzica: dużo pracuję, a odrabianie lekcji z dziećmi strasznie mnie wkurwia. Owszem, mogę pomóc, jak młode zapyta, ale kompletnie nie widzę tego jako codziennego punktu w swoim grafiku.
Awaryjne przełączenie na nauczanie zdalne (czy to w trybie Zoom, czy Librus) byłoby znacznie łatwiejsze, gdyby do tej pory codzienna praktyka szkolna zakładała, że:
- uczniowie wiedzą, jakie mają podręczniki, ćwiczenia i płyty rozplanowane na całe półrocze - szkoła dostarczyła i nauczyła ucznia ogarniać, co do czego; ilość tego majdanu musi być dostosowana do możliwości ucznia, nie rodzica!
- zadanie domowe jest przewidziane na samodzielną pracę ucznia, czyli też dostosowane do jego poziomu (włącznie z językiem, jakim jest napisane polecenie, i ustalonym miejscem, gdzie się zadania z danego dnia notuje);
- pomoce naukowe są rozpisane na całe półrocze i leżą w szkole (czyli można je łatwo zapakować w worki i wydać) - zapomnijmy o akcjach typu "na jutro blok A3 zielony gruby, kilo średnich gwoździ i lakier ferrari red".

Druga sprawa to program nauczania. Zrozumiałam dopiero parę miesięcy temu, co z nim jest nie tak, kiedy domowa 8-klasistka przyniosła wyniki próbnego egzaminu czy tam innej diagnozy z matematyki i przeczytałam, jak wygląda średni w kraju % poprawności wykonania tego czegoś: 30 czy 40. Co to znaczy 30% wiedzy z matematyki? Czy np. gwarantuje, że umiemy ułożyć i rozwiązać równanie z jedną niewiadomą, a z większą liczbą niewiadomych już nie? Że obliczamy powierzchnie figur, a z bryłami nam nie idzie? Że umiemy liczyć procenty, ale nie promile? Ni wuja. Oznacza to, że liznęliśmy przypadkowe rzeczy z równań, z powierzchni i z ułamków, które nie składają się w żadne rozsądne minimum wiedzy matematycznej, bo nie muszą. Niewyobrażalnie bez sensu jest model, w którym program nauczania obejmuje mnóstwo rzeczy, z których uczeń bardzo dobry ma opanować wszystko, a bardzo słaby - jakieś losowe fragmenty.
Gdyby nauczanie - zwłaszcza podstawowe - zbudować tak, że istnieje minimum, które opanowują wszyscy uczniowie, a do tego dokłada się rozszerzenia na poziomie 3, 4, 5 i 6, to byłoby się na czym oprzeć nie tylko w sytuacji epidemii czy innej klęski żywiołowej, ale też wtedy, kiedy uczeń choruje i przechodzi na nauczanie domowe, przeprowadził się i trafia do klasy o innym poziomie albo np. ma kryzys w domu i brak warunków do nauki. Nie trzeba by niczego wymyślać - wystarczyłoby backtrackować do programowego minimum.

Wiem, że nic takiego szybko nie nastąpi - ani szkoła dla uczniów, ani programy typu baza+nadbudowa. Piszę o obu rzeczach w sferze marzeń i pobożnych życzeń, bo jako kompletny antytalent pedagogiczny nie widzę się w szkole - chyba żeby na starość jako woźna ze szczotoganem.


Sunday, 26 April 2020

Prosty radziecki inżynier




Brunet w kufajce na tym zdjęciu to mój przyszły ojciec, montujący zbrojenia w przyszłej komorze reaktora IBR-2 w Dubnie. Rok zdaje się 1971. Zastanawiałam się od dawna (bo fotka wisiała na ścianie w domu rodzinnym), kto do cholery wpuścił inżyniera energetyka na budowę Otóż mamy tu tzw. subotnik, czyli pracowników umysłowych oddelegowanych w sobotę do pracy fizycznej, przed udaniem się na tradycyjną w takiej sytuacji wódkę.

W sumie historia zawodowa mego Padre daje do myślenia. Przynudzał się na Bronowicach, pojechał robić prawdziwą energetykę do Dubny. Potem wskoczył w projekt Żarnowiec w ramach IASE/CNPAE, co rokowało bardzo dobrze, ale skończyło się tak, że rozważał całkiem serio pracę na nocki w najbliższej piekarni, żeby mieć jakiś etat. Sensowne pieniądze zarobił pod koniec kariery, jak sprywatyzowali sobie z kolegami kawałek post-CNPAE i robili solidne usługi automatyki pod energetykę - niestety, konwencjonalną.


A tu trochę więcej własnymi słowami głównego bohatera zdjęcia:

W 1967 trafiłem do Dubnej za sprawą profesora Jerzego Janika zainspirowanego przez Irka Natkańca, od lat też profesora. W Laboratorium Fizyki Neutronowej (LNF – matka była
w LTF) pracowałem w Zespole Budowy Reaktora IBR-2. „2” to znaczy drugi, bo
w Laboratorium był już pierwszy, ale on nazywał się IBR-30. A „30” dlatego, że jego moc cieplna była około 30 kW – taka uśredniona: w impulsie i między impulsami. Na marginesie: IBR-2 był projektowany na moc uśrednioną 10 MW, a osiągnął prawdopodobnie 2 MW (nie kW, a MW!). Projektowały dwa biura w Moskwie, współpracowały: MIFI – fizyka reaktora
i MISI – osłony przed promieniowaniem i specjalne konstrukcje budowlane (stąd przyjaciel Pasza czyli Paweł Aleksandrowicz). A my – Zespół: koordynacja i nietypowe uzupełniające zadania. Budowa ruszyła w 1970/1971.

Pora rozszyfrować skrót IBR. Impulsnyj Bystryj Reaktor. Słowo „reaktor” nie wymaga komentarza, ale dwa pozostałe słowa tak.

Impulsnyj, bo w przeciwieństwie do wszystkich pozostałych na świecie reaktorów jądrowych, on nie działał ciągle, a periodycznymi impulsami – taka jego (ich – tych dwóch) światowa unikalność. 5 razy na sekundę, na około 50 msec stawał się wysoce nadkrytyczny na neutronach natychmiastowych (a te żyją około 1 msec) i dzięki temu w takim piku dawał neutronów około 1000 razy więcej niż między pikami. Dygresja. Ten w Czarnobylu, nie impulsowy, tylko raz, w sposób niezamierzony, stał się nadkrytyczny na neutronach natychmiastowych (w 4 sekundy moc wzrosła około 100 razy) i w konsekwencji mieliśmy go na całym świecie. W świecie znane są konstrukcje, w których duże nadkrytyczności na neutronach natychmiastowych powodują dużo szybszy i dużo większy wzrost mocy aż do rozsypania się konstrukcji. Nazywają się bomby.

Bystryj nie dlatego, że reaktor był szybki, ale dlatego, że pracował, czyli, że rozszczepienie szło, na neutronach szybkich, tj. takich o energiach rzędu MeV, tj. o energiach takich jakie mają neutrony w chwili rodzenia się w wyniku rozszczepienia takiego czy innego materiału rozszczepialnego (U233, U235 i Pu239). Powszechnie reaktory pracują na neutronach termicznych, tj. takich o energiach około 100 meV, co się przekłada na prędkości neutronów paru km/sec.

No ale komu i do czego potrzebne są takie krótkotrwałe ale silne, czyli ilościowo obfite, impulsy neutronów? Fizykom „twiordotielszczykam”, którzy mierząc takie czy inne parametry neutronów, wyciągali wnioski co do „struktury i dynamiki ciał stałych i cieczy” (to oficjalna nazwa tej branży). Bazą do tego był niejaki Nelkin (widziałem go w Zakopanem, chyba w 1964, na dwutygodniowej szkole fizyki reaktorowej pod auspicjami MAEA
z Wiednia) ze swoim wzorem na „podwójnie różniczkowy” (energia i kąt) przekrój czynny na rozpraszanie neutronów. Matka, obok fizyki jądra atomowego, też była zamieszana w ciało stałe, ale chyba w zakresie magnetyków na bazie teorii niejakiego Hartree Focka.
W Zakopanem miałem sukces, a nawet dwa: (1) oficer wywiadu kaperował mnie do współpracy, (2) odmówiłem – chociaż co mają zapisane w IPN to tego  nie wiem, nie sprawdzałem.

Już wiemy, że to fizycy w neutronach sobie upodobali, ale nie tych co są w reaktorze, czyli tych co są „solą” reaktora, ale w tych co z niego na zewnątrz uciekają, a które my inżynierowie, dla fizyków w tzw. wiązki formujemy. Prof. Kauts z BNL nazwał tę robotę „Tailored neutron beams” a Wałodia (Władimir Maksymowicz) „Optimizacja nejtronnych puczkow”, natomiast ja, wespół i pod kierunkiem Tadzia Niewiadomskiego (IFJ Kraków), jakoś tam częściowo opisałem w pierwszej w życiu pseudo publikacji.

Musimy sobie jednak przypomnieć jak to z tymi neutronami w reaktorze jest. Rodzą się
w reakcji rozszczepienia w ilości średnio 2,5 na jedno rozszczepienie (pluton trochę więcej,
a uran trochę mniej). Część z nich ginie, bo je coś wrednego w reaktorze, jakieś „żelastwo” konstrukcyjne, pochłonie. Część trafi na jądro materiału rozszczepialnego, spowoduje rozszczepienie i to te są „solą”. Część natomiast ucieka z reaktora na zewnątrz i one są stracone dla rozszczepienia (czyli dla energetyki, której nie neutrony są potrzebne a ciepło każdemu rozszczepieniu towarzyszące w ilości około 200 MeV), ale to właśnie na te neutrony ucieczki łasi są fizycy!!! Potrzebują ich dużo, by zbyt długo nie robić pomiarów, bo elektronika może zawieść, bo azotu zabraknąć, bo zaniknie zasilanie, bo inni też na wiązkę czekają. A jak już się doczekają to spania nie ma, są emocje. Potrzebują je impulsami, bo upodobali sobie mierzyć energię rozproszonych neutronów (Nelkin) poprzez pomiar czasu przelotu od źródła (miejsca rozproszenia) do detektora, tzw. Time of Flight. A żeby pomiar czasu przelotu był dokładny, to impuls powinien być krótki. Czyli: dawaj dużo ale przez króciutki czas! I to jest ten „tailored”.

Jeszcze dwa słowa o cieple. Jak to jest 30 kW to nie ma problemu, ale jak to ma być 10 czy choćby tylko 2 MW towarzyszące rozszczepieniom w rdzeniu reaktora o objętości około ćwierć m3, to mamy problem. Takiego rdzenia nie można zostawić bez wyrafinowanie zorganizowanego chłodzenia. Ciepło nieskutecznie odprowadzane z elementów paliwowych spowoduje rozszczelnienie (stopienie) tychże i mamy wolną drogę do rozprzestrzeniania produktów rozszczepienia, a te są silnie radioaktywne! IBR-2 ma chłodzenie ciekłym sodem (około 500K): rury, pompy, wymienniki ciepła no i strach, bo sód lubi się palić! Tak więc spora kupa nie trywialnej techniki.

Trochę techniki jest też potrzebne by zorganizować impulsowość. Ta technika to odpowiednio napędzana i zsynchronizowana złożona maszyna wirująca, przemieszczająca tuż przy rdzeniu reaktora tzw. „reflektor neutronów”, by periodycznie zmieniać warunki ucieczki neutronów, czyli periodycznie zmieniać reaktywność na neutronach natychmiastowych. Wirować ma szybko i tuż, ale bezpiecznie, by broń Boże nie uszkodzić rdzenia reaktora, bo tam przecież ciekły sód no i radioaktywne produkty rozszczepienia.

Wszystkie te techniki gdzieś trzeba pomieścić. Na poziomie rdzenia reaktora, a więc na poziomie wiązek neutronów, jest hala dla stanowisk pomiarowych fizyków – klientów reaktora. Zbrojenie na zdjęciu to podłoga tej hali. Pod halą cała infrastruktura chłodzenia (sód) i infrastruktura maszyny wirującej, czyli wirujący reflektor neutronów, tzw. „wiertuszka”. Tam także infrastruktury pomniejszych układów z branży Tailored neutron beams, a w tym ciekły wodór (20K) dla mego „źródła zimnych neutronów” (poniżej 5 meV).

Jak budowa to beton, a jeszcze lepiej zbrojony. Mamy wtedy solidną konstrukcję zdolną przenieś duże obciążenia. Żelbet to również bardzo dobra osłona przed promieniowaniem: żelazo radzi sobie z promieniowaniem gamma, a wodór w betonie z neutronami. Inne składniki żelbetu też swoje robią. Znamy lepsze kompozycje osłonowe, ale przecież nie budujemy osłon reaktora dla łodzi podwodnej (jak Paweł w Sewastopolu).

Całość, jak widzisz, bardzo interesująca, łącznie z „leninskim subotnikiem”, który na ten dzień, tych od „źródła zimnych neutronów” i „neutronowodów pełnego odbicia” zaangażował do „zbrojeniowego czynu społecznego”, zwieńczonego grillowaniem na ognisku i czymś tam jeszcze.

Na koniec ciekawostka. Robiłem tailored, ale jako innostraniec „nie wiedziałem”, że źródłem neutronów jest reaktor z paliwem plutonowym. Podobnie chyba na Saławkach „nie wiedzieli”, że ja tam nie mam prawa być.



Wrocław, 21.04.2020.                                                                       Andrzej Nawrocki

Tuesday, 14 April 2020

Paradoks aborcyjny

Jasne, że nie jestem za zaostrzeniem ustawy antyaborcyjnej.
Jasne, że "kompromis aborcyjny" z 1993 jest mocno fikcyjny, bo aborcje załatwia się za granicą, u lekarzy działających nielegalnie albo metodami domowymi.
A czy przedtem miałyśmy faktycznie wolność wyboru i większe prawa do decydowania? Przed 1993 byłam już na tyle dorosła, żeby wiedzieć, jak to się odbywało. Anecdatycznie: 3 na 5 skrobanek w moim otoczeniu było "na żądanie", tylko że... mężczyzny - najczęściej partnera kobiety albo jej ojca  (jeśli nieletnia); 1 na 5 - "na żądanie" kobiety, która bała się przyznać do ciąży albo wiedziała, że nie ma na kogo liczyć; dopiero ostatnie 1 na 5 to były powody medyczne czy ekonomiczne. 1993 choć minimalnie zmienił w świadomości społecznej podejście do antykoncepcji: że może jednak jest to coś, czym nie wstyd się zająć, bo opcja "załatwić to jakoś" stała się trudniejsza i droższa.
Więc nie łudźmy się, że powrót do stanu sprzed 1993 automatycznie przywróci nam prawa, bo w Polsce ich jeszcze nie miałyśmy. Może kiedyś.