Angie prosiła, no to piszę. Dziś o krasnoludkach. Ktoś może polecić sprawdzone usługi degnomizacyjne?
Najpierw te małe skurwysyny schowały spodnie Izabeli Joanny. Fajne,
cieplutkie, w których chodziła pół soboty i które byłyby jak znalazł na
dzisiejszą wycieczkę. Gdyby znalazł. Dopiero kiedy emocje sięgnęły
zenitu, a ja wyszłam na śpiąco na poszukiwania, cholerne kurduple
podrzuciły zwinięte spodnie do Izowej szafy.
I niestety na tym nie
koniec. Irena Beata poprosiła o kakao na śniadanie. Z wielkim żalem
przyjęła informację, że kakao nie ma w puszce i nie ma też zapasowego.
Dopiero kiedy sprzątałam szafkę, gdzie rozsypały się płatki i kurwa mać
wszystko inne, pieprzone gnomy podrzuciły tam całą wielką nieotwartą
paczkę DecoMorreno. Zjeby.
Monday, 2 December 2019
Tuesday, 26 November 2019
Zabiłaś mnie
Spisane dla Jakuba Luberdy - szpilki bez obciachu i bez
fantasy:
Moja przyszła matka, dalej zwana W., wędrowała nocą przez Wrocław późnych lat 40-tych z koleżanką i kolegą - chyba z wczesnostudenckiej imprezy. Przyczepili się do nich jacyś - pijani, agresywni, niebezpieczni. Ucieczka nie wchodziła w grę, bo W. była w szpilkach z paczki od amerykańskiej ciotki. Kolega bohatersko się postawił napastnikom, jednakowoż nie wyglądało to dobrze. W desperacji W. przypomniała sobie, że jej szpilki mają metalowe skuwki na obcasikach, zdjęła pantofelek i przyjebała któremuś napastnikowi w łeb. Krew, panika, wrzask ZABIŁAŚ MNIE TY KURWO, no i w zamieszaniu udało się uciec. Na bosaka, zdaje się.
Moja przyszła matka, dalej zwana W., wędrowała nocą przez Wrocław późnych lat 40-tych z koleżanką i kolegą - chyba z wczesnostudenckiej imprezy. Przyczepili się do nich jacyś - pijani, agresywni, niebezpieczni. Ucieczka nie wchodziła w grę, bo W. była w szpilkach z paczki od amerykańskiej ciotki. Kolega bohatersko się postawił napastnikom, jednakowoż nie wyglądało to dobrze. W desperacji W. przypomniała sobie, że jej szpilki mają metalowe skuwki na obcasikach, zdjęła pantofelek i przyjebała któremuś napastnikowi w łeb. Krew, panika, wrzask ZABIŁAŚ MNIE TY KURWO, no i w zamieszaniu udało się uciec. Na bosaka, zdaje się.
Tuesday, 5 November 2019
Long story
Siedzę na schodach.
Jest ciepło i jasno, wreszcie ciepło i jasno. Próbuję ściągnąć śniegowce i
rozsznurować buty; idzie mi słabo. Przede mną stoi młoda brunetka, gospodyni
schroniska, i mówi coś chyba ważnego – ale nie jestem w stanie poskładać słów. Kontrolka
w głowie wciąż świeci na czerwono: poziom energii krytyczny.
Bielice, listopad 1992,
wieczór. Teoretycznie jesień – w rzeczywistości zimowo, silny wiatr zamiata
drobnym śniegiem. Mam za sobą 12-godzinną trasę z plecakiem z Chatki pod
Śnieżnikiem, z czego ostatnie 3 godziny po ciemku, bez latarki, bez ciepłego
picia i bez dokładnej wiedzy, gdzie właściwie jesteśmy. Źle przeczytana mapa i źle wybrane zejście z Suchej Przełęczy skończyło się
obchodzeniem Białej Kopy na resztkach energii i na skraju załamania. Uratowała
nas – chłopaka i mnie – decyzja „schodzimy z biegiem strumienia” przy kolejnym rozejściu
nieoznakowanych dróg, co doprowadziło do tabliczki „Bielice 30 min.”, a stamtąd
– pewnie po trzech kwadransach człapania przez wieś – na wspomniane już schody
w Chacie Cyborga. Ciepło, jasno. (Do tego wątku martyrologicznego mam jeszcze
akcent metafizyczny, ale trochę wstyd mi go tu opisywać).
„Prywatne schronisko w
Bielicach” było w planach tamtej jesiennej wycieczki. Opowiadał o nim inny kolega
ze studiów, który ponoć próbował – w marcu, w śniegu po pas – w jeden dzień
przewędrować z Jodłowa przez Śnieżnik do Lądka i w Bielicach właśnie
przystopował. Listopadowy wyjazd zakładał parę dni w Chatce pod Śnieżnikiem, a
potem zbadanie nowego miejsca. Ktoś poznany w Chatce potwierdzał istnienie
Bielic i ich zalety, pokazał nawet wariant dojścia – jeśli na zielonym szlaku
granicą za ciężko, za dużo śniegu albo za mocno wieje, to można ściąć w dół i
przejść niebieskim z Nowej Morawy na Suchą Przełęcz, a z niej już godzinka
duktem. Tylko nie zapamiętaliśmy dobrze, którą dokładnie drogą schodzić – a
Sudety mają przecież to do siebie, że bitych dróg jest sporo i każda wygląda
równie dobrze. Zwłaszcza po ciemku i bez latarki.
Tak czy inaczej, po
całej tej przeprawie Chata Cyborga okazała się cudownie przyjazna, czysta, w
gorącym prysznicu nie zabrakło wody; łóżko było wygodne, w kuchni działało
wszystko co działać miało i tylko ja wzbudziłam sporo radości, kiedy próbowałam
kuleć na obie nogi. O, i jeszcze był wpis w książce pamiątkowej Bielic (nie
mój, ale bardzo w duchu tego, co wtedy czułam): szkic charakterystycznej
sylwetki Chatki pod Śnieżnikiem i pod nim „…po tygodniu spędzonym w warunkach
średniowiecznych kolega przyszedł tutaj i powiedział: w kiblu jest papier i nie
ma drzew!”.
Bywałam od tego czasu w
Chacie Cyborga co parę lat, czyli rzadko, bo o miejsca przestało być łatwo od
ręki. Był wyjazd grupowy, na którym kolega zepsuł siekierę, a koleżankę obudził
kot schroniskowy, kiedy zaklinował się w drzwiach z ukradzionym kabanosem. Mgliście
zapamiętałam jeszcze pewien kwietniowy wypad ze znajomymi – chyba było fajnie,
choć wycieczki ograniczał mokry śnieg po kolana. Część towarzyską pamiętam
wybiórczo, bo będąc w ciąży, natychmiast zasypiałam wszędzie, gdzie usiadłam…
A potem, już jako
matka1, siedziałam w Nowy Rok 2005 z przyjaciółką Ewą w jej podwarszawskim
mieszkanku i planowałyśmy ferie zimowe. Ewa przeglądała jakiś katalog sudeckich
agroturystyk i pensjonatów i zahaczyła wzrokiem o nazwę „Chata Cyborga”. Fajne
miejsce, mówię. Zadzwoniłyśmy w ciemno i – o dziwo – były wolne pokoje! Pojechaliśmy
w piątkę – Ewa z synem, mój konkubent, dzieć1 i ja. Powoli odnajdywałam się w
galaktyce znanej jako Wyjazd z Dzieckiem. Oczywiście na tym etapie wybrałam pokój
z łazienką w nowej, bardziej hotelowej części. Oczywiście dostęp do kuchni,
pralki, suszarni. (Parę lat i dwoje dzieci później pani Jola powie mi wprost: z
jednym dzieckiem byli państwo bardziej kłopotliwi…). Nie mogąc wyprawić się
dalej, odkrywałam Bielice biegówkowo (wtedy bez żadnych gotowych tras) i
uczyłam się planować wyjścia na 2-3 godziny między karmieniami. Konkubent dla
odmiany pakował małą w nosidło i zabierał na stok zjazdowy. Przy stole, za radą
Ewy, sadzałam dzieciaka w gondolce z kawałkiem chleba do ciamkania. Na łóżku
mała podpełzła i wgryzła się szczękami w jabłko, które chrupałam – pierwsze
jabłko w jej życiu.
Od tego momentu Bielice
zimowe i letnie wyznaczały rytm kolejnych lat. Następny raz byłam tam już w
maju tego samego roku, odkrywając na przykład, jak pięknie wygląda wieś
wczesnym rankiem, we mgle, z wysokości łąki nad chatą (to znaczy z suszarni, na
którą wybrałam się z pieluchami). Nie żeby nie jeździło się z dzieciakami w
inne miejsca, ale Chata Cyborga być musiała: czysto, przyjaźnie, fantastyczne
jedzenie i zawsze wiadomo, że będzie ciepła woda, a spod łóżka nie wypełzną
śmieci po poprzednich gościach. Kolejne wyjazdy to zawsze kroki milowe w
rozwoju młodych: syn Ewy uczy się jeździć na nartach z instruktorem (a ja
podpatruję, że to działa lepiej niż rodzice czy wujek), mój dzieć2 uczy się
samodzielności toaletowej (a jak dyskretnie biegam z łopatką i staram się nie
dewastować trawnika), dzieć3 awansuje do nosidła i zjazdów na stoku (ostatnio
się zwierzyła, że to pamięta), dzieć1 opanowuje narty zjazdowe (chyba z tym
samym instruktorem i na pewno w tym samym kombinezonie co syn Ewy), dzieć2
wchodzi ze mną do Schroniska pod Śnieżnikiem (ma wtedy 4 lata, a ja jestem tak
stęskniona za porządnymi wycieczkami, że trochę daję radę ją nieść na barana,
ale zejście po kamerdołach zalicza sama), dzieć3 uczy się na biegówkach (dzieć2
przerzuciła się w tym czasie na zjazdowe), a dzieć4 bije rodzinny rekord,
pojawiając się w Bielicach jako 4-tygodniowy maluch.
Wszystkie te sukcesy miały
swoje ciemne strony; doskonale poznaliśmy przychodnię w Stroniu Śląskim,
zaufaną panią pediatrę polecaną przez okolicznych i chyba wszystkie pobliskie
apteki. Zdarzały się – zwłaszcza zimą – wyjazdy, na których (mimo działającej w
kuchni wyparzarki i ogromnej staranności personelu, żeby wszystko było czyste i
higieniczne) zarazki przywiezione z różnych stron Polski mieszały się w
koktajl, od którego epidemiolog oszalałby z zachwytu, a rodzice mieli chęć
oszaleć tak po prostu, w dodatku sami padając jak muchy na choroby oddziecięce.
Poznaliśmy i szpital w Polanicy, i kłodzkie pogotowie. Historie medyczne miały zaiste
wymiar poznawczy; kiedy jako jeszcze wrocławiacy przyjechaliśmy w lecie z
2-miesięcznym dzieciem2, słabiutkim i wymęczonym po ciężkich przejściach, to
mieliśmy przykazane: po tygodniu sprawdzić, czy przybiera na wadze. Posłusznie wybraliśmy
się do przychodni w Stroniu, a tam położna raz zerknęła na trąbla i stwierdziła:
to nie jest dziecko z naszego rejonu. Wtedy nie rozumiałam, jak mogła poznać!
Ważenie zostało wykonane, dzieć przybierał, a ja sprawdziłam w praktyce, że
taki maluch noszony po górach w chuście czuje się z tym generalnie super.
Z dzieciem1 w wózku zwiedziliśmy chyba wszystkie górskie drogi, nie pchając się na szczyty (a drogi w Górach Bialskich wyprowadzają spokojnie na 1000 m n.p.m. – pamiętam miny turystów wędrujących latem ze Śnieżnika, z plecakami i sprzętem biwakowym, kiedy pod Suchą Przełęczą natknęli się na babę w sandałkach, czyli mnie, i faceta z wózkiem w czarnych wypastowanych butach, czyli konkubenta). Z kolei dzieć2 (w slingu) i dzieć3 (w chuście wiązanej) zaliczyły szczyty i różne dziwne miejsca – na przykład Łysiec, na który co prawda w miarę wygodnie wchodzi się ścieżkami paralotniarzy, za to zejście (z braku paralotni) odbywa się na przełaj przez wysokie borówki, pniaki i krzaki, po których zlazłam (znowu) w sandałkach, starając się nie myśleć o żmijach. Żmije w Górach Bialskich to bynajmniej nie wymysł; któregoś razu wzięłam już sporego dziecia3 w nosidle na samotną wyprawę, w czasie której popasałyśmy w ruinach gospodarstwa, przy których rośnie najlepszy na świecie czerwony agrest. Pożywiłam się agrestem, nakarmiłam młodą i dopiero ruszając z nią dalej w górę, zauważyłam dorodną żmiję zygzakowatą, wygrzewającą się w słońcu może 50m od naszego pikniku.
Z kolei dzieć4 wychował
się w kolejnej epoce naszych wyjazdów, zwłaszcza letnich, na których –
stopniowo – zbudowała się luźna grupa rodzin wędrujących razem. Nie ma
znaczenia, jak genialne masz plany wycieczkowe; jeśli zechcesz powlec na nie
własne dziecko (czy dzieci), to musisz liczyć się z potężnym marudzeniem. Jeśli
idziecie w grupie z dziećmi w podobnym wieku, to nawet piąta wycieczka na
Kowadło czy trzecia na Czernicę będzie polegała głównie na zaganianiu stada,
wydawaniu prowiantu i reagowaniu na ewentualne kryzysy, bo tak poza tym stado
napędza się samo. Kryzysy w górach bywają inne niż na placu zabaw; na
Sadzonkach pod Śnieżnikiem – tam, gdzie zawsze jest trochę błotniście – córka Kasi
(o której za moment) postanowiła wskoczyć do kałuży, po czym wpadła w błoto po
pachy. Podobno po wyciągnięciu bardzo racjonalnie sobie przypomniała, że
rodzice ją uprzedzali: kałuże w górach mogą być głębokie.
Wycieczki ze stadem dzieci zawdzięczamy przede wszystkim dołączeniu do bielicowych wyjazdów Kasi, jej męża i córek. Było takie lato, kiedy we czworo dorosłych i piątkę całkiem jeszcze małych dzieci zrobiliśmy kilka fajnych wycieczek „prawie szlakami”, to znaczy w zasadzie trasami znanymi i oznakowanymi, ale zwykle trafiał się kilometr czy dwa skrótu albo łącznika, który trzeba było przebrnąć na GPS, czuja i wiarę w to, że się ten cholerny wiatrołom zaraz skończy i nie trzeba będzie mniejszych dzieci nieść z powrotem. Zimą córki Kasi dołączyły do puli uczących się zjeżdżać na bielicowym stoku, a takoż – niestety – do pacjentów strońskiej przychodni. Było też takie lato, kiedy na nieśpieszne wędrówki wyruszał skład: mój konkubent, Kasia, ja i sześcioro dzieci. Jako że męża Kasi nie było na miejscu, a dzieci wyglądały podobnie (trzy płowe, trzy jasnoblond, wiekowo idealna „drabinka”), to ponoć jedna pani nie wytrzymała i zapytała: jak tam właściwie u państwa jest?
Tak czy inaczej,
zmęczenie dzieci w grupie jest pojęciem mocno umownym. Pewnego lata
wędrowałyśmy z Ewą, jej synem, jego kolegą i dwoma moimi córkami dłuższą trasą
do czeskiego Paprska i z powrotem grzbietem („z mamą tak zawsze się chodzi –
długo i bez sensu”). Pod koniec młodzież poprosiła o dłuższy postój, bo
zmęczeeeni. OK, zwaliłyśmy się z Ewą w trawę i przez 20 minut obserwowałyśmy,
jak czworo dzieciaków skacze po pniakach i rzuca się szyszkami. Po tym czasie
zapytałyśmy grzecznie, czy już odpoczęli i czy możemy iść.
Skoro pojawiły się w tej opowieści Sadzonki, to czas zostawić wreszcie maluchy i wspomnieć o wycieczkach bez nich. Zaczęło się chyba wtedy, kiedy jako matka3 wysłałam konkubenta z dziećmi do Bielic dzień-dwa wcześniej, a sama przyjechałam do Lądka i z niego – wspólnie z Ewą i jej nastoletnim już synem – ruszyłam do Bielic zielonym szlakiem. Było nieśpiesznie i prześlicznie; pamiętam jak zadzwoniłam do pani Joli spod Czartowca, radośnie informując, że leżymy pod jakąś górą i będziemy jak przyjdziemy. Zdaje się, że zapoczątkowało to dłuższą serię tego typu telefonów i spóźnień, które niespecjalnie przysporzyły mi sympatii u gospodarzy… Z trasy z Lądka pamiętam też, że Ewa była jeszcze na etapie częstego pytania syna, czy napiłby się herbaty albo czy coś by zjadł, a młody był na etapie dość nerwowych na to reakcji. Po iluś godzinach nie zdzierżyłam i opowiedziałam tatrzańską przedwojenną historię Kaszniców, tę spod Jaworowej Przełęczy, kiedy poczęstowany herbatą i koniakiem mąż, syn i przygodny taternik zmarli z nieznanych przyczyn, a pani Kasznicowa przeżyła. "Może herbatki…?"
Wracając do Sadzonek: ważną
wyprawą bez małych dzieci była trasa z Bielic na Śnieżnik, czyli odwrotna do
tej mojej pierwszej trasy listopadowej; tym razem w lecie, z dobrą mapą,
sprawdzoną prognozą i noclegiem zarezerwowanym w schronisku. Co mogło pójść nie
tak? Na pierwszym podejściu – jeszcze przed Rudawcem – zaczęła mi się odrywać
podeszwa od traperek. Zrezygnować?! Hell no! Syn Ewy pomógł tymczasowo zmontować
mego buta przy pomocy troczka od plecaka i żywicy świerkowej, co okazało się
zadziwiająco dobrym systemem, bo wytrzymało cały zielony szlak aż do Sadzonek
właśnie. Tam przetarł się troczek. Nie chcąc wędrować przez bagno w trzeci raz
wzmiankowanych sandałkach, pozbawiłam plecak drugiego troczka i majestatycznie
wlazłam na szczyt, lekko ciągnąc nogę za sobą. A tam już czekało dwóch młodych
ludzi z naręczem suchego drewna, żeby wyprawić butom zasłużony pogrzeb.
Biegówki z początku też były rozrywką bez dzieci, choć potem niektóre dołączyły – ostatniej zimy dzieć3 bez większego wysiłku zaliczyła trasę do Paprska i zjazd z powrotem (wyglądała jakby jej się podobało, ale jak dała mi do sprawdzenia wypracowanie o feriach na szkolny konkurs, to ostatnie zdanie brzmiało: „Najprzyjemniejszy był moment, kiedy odłożyłam narty i wreszcie mogłam odpocząć” – tak że nie wiem). Przebieżki między karmieniami z czasem przeszły w całodzienne wydeptywanie sobie trasy i zjazdy w dziewiczym śniegu, a potem udało mi się dobrnąć do świata czeskich ratrakowanych tras. Wędrówki solo miały swój adrenalinowy urok, ale równie fajny był moment, kiedy dołączyła do mnie Ewa. Zaliczyłyśmy Brouska w słońcu, Travną w zamieci i zjazd doliną po ciemku pod padający śnieg, kiedy Ewa rozmawiała z pożyczoną od kolegi czołówką, a ja zauważyłam mostek z żółtymi poręczami – ważny punkt orientacyjny – kiedy już przez niego jechałam.
Gdzieś w międzyczasie Chata Cyborga przechodziła przemiany; część schroniskowa przeobraziła się w eleganckie pokoje, zanim zdążyłam pokazać dzieciom, jak to jest mieszkać w zbiorówce. W miarę powiększania się rodziny zajmowaliśmy coraz większe apartamenty, a potem – raz z konieczności, kolejne razy z wyboru – odkryliśmy urok osobnego pokoju dla rodziców, osobnego dla dzieci (do którego raz na dobę robi się wejście smoka, ogarniając śmieci, resztki jedzenia i wilgotne buty czy kombinezony – ale oszczędzając dzieciom i sobie upierdliwego zrzędzenia o każdy porzucony klocek względnie skarpetę). Ewa zaliczyła inny fajny etap: pokoju dla siebie i drugiego dla syna z dziewczyną (mniemam, że korzyści mogły być podobne). W najnowszej części pensjonatu pojawiła się sauna z wyjściem na taras, na którym można wskoczyć do lodowatego basenu albo spacerować w ręczniku po śniegu i gapić się na gwiazdy.
No, to chyba warto jeszcze wspomnieć o sierpniowych Perseidach – najlepiej obserwować je z trampoliny na trawniku, o takiej porze, kiedy dzieci już tam nie chodzą. Drugie fajne miejsce to łąka nad suszarnią; można nawet wynieść koc i zrobić sobie dłuższy seans pod gwiazdami, choć 700 m n.p.m. robi swoje i noce raczej zimne.
Tuesday, 22 October 2019
Bad trip
Muszę to spisać, póki pamiętam, że wydarzyło się naprawdę. W sumie zdarzają się gorsze rzeczy, no ale od czegoś w końcu jest się tą grafomanką.
Plan był taki: lecę z Poznania do Monachium, z Monachium do Norymbergi. Lufthansa, bagaż nadawany, elegancja i relaks.
A realizacja wyglądała trochę inaczej:
1) Na lotnisku w Poznaniu okazało się, że lot do Monachium będzie opóźniony.
2) A bilet mam kupiony bez bagażu.
3) Zasadniczo LH mówi, że pomimo opóźnienia zdążę na Norymbergę.
4) Z tym, że na tamtym odcinku jest overbooking, więc kartę pokładową dają warunkową.
5) I dokupić bagażu nie ma po co, lepiej mieć przy sobie.
6) No to check in, przepakowanie, woreczki na płyny, kontrola, czekanie.
7) Lot do Monachium w porządku.
8) Na miejscu okazuje się, że Norymberga nie przepełniona, tylko odwołana, bo strajk.
9) Dają autobus zamiast.
10) Ale na niego nie zdążam.
11) Dają voucher na pociąg do Norymbergi.
12) Na który najpierw trzeba dojechać na Muenchen Hauptbahnhof.
13) Pani w serwisie LH mówi, że obie linie S-bahn z lotniska jadą na Hbf.
14) Wyświetlacze na stacji mówią to samo.
15) Pociąg, w który wsiadłam, dziwnie rozmija się czasowo z rozkładem.
16) Po drodze pasażerowie mówią, że on jednak nie jedzie na Hbf, bo remont torów.
17) Wysiadam na Muenchen Ostbahnhof i zasuwam metrem na Hbf.
18) Najbliższy do Norymbergi jechałby ponad 2 godziny, lepiej poczekać na godzinny ICE.
19) Znajduję knajpę, kolacja jest całkiem-całkiem i telefon dali podładować.
20) ICE miękko i punktualnie dowozi do Norymbergi.
21) Jest już po północy; z dworca wychodzę wyjściem na jakąś budowę.
22) Wracam i kieruję się do innego wyjścia, znajduję taksówkę, docieram do hotelu.
23) Zapowiedziane czerwone drzwi, za którymi są klucze do pokoju, okazują się windą towarową.
24) Ze względu na złą passę podpieram drzwi walizką, zanim tam wejdę.
25) Wchodzę do budynku. Mój pokój będzie na samej górze, na 5 piętrze.
26) Ze względu na w.w. włażę z bagażami po schodach, żeby nie zaciąć się w windzie osobowej.
27) Jest prawie 1, więc już następny dzień, więc passa powinna się skończyć, prawda?
28) Rano odczepia się słuchawka prysznica - zalana łazienka i pół pokoju.
29) Na razie koniec, ale przede mną jeszcze powrót...
30) Po drugiej stronie ulicy jest kamienica w rozbiórce. Nie zawali się do jutra, prawda?
Plan był taki: lecę z Poznania do Monachium, z Monachium do Norymbergi. Lufthansa, bagaż nadawany, elegancja i relaks.
A realizacja wyglądała trochę inaczej:
1) Na lotnisku w Poznaniu okazało się, że lot do Monachium będzie opóźniony.
2) A bilet mam kupiony bez bagażu.
3) Zasadniczo LH mówi, że pomimo opóźnienia zdążę na Norymbergę.
4) Z tym, że na tamtym odcinku jest overbooking, więc kartę pokładową dają warunkową.
5) I dokupić bagażu nie ma po co, lepiej mieć przy sobie.
6) No to check in, przepakowanie, woreczki na płyny, kontrola, czekanie.
7) Lot do Monachium w porządku.
8) Na miejscu okazuje się, że Norymberga nie przepełniona, tylko odwołana, bo strajk.
9) Dają autobus zamiast.
10) Ale na niego nie zdążam.
11) Dają voucher na pociąg do Norymbergi.
12) Na który najpierw trzeba dojechać na Muenchen Hauptbahnhof.
13) Pani w serwisie LH mówi, że obie linie S-bahn z lotniska jadą na Hbf.
14) Wyświetlacze na stacji mówią to samo.
15) Pociąg, w który wsiadłam, dziwnie rozmija się czasowo z rozkładem.
16) Po drodze pasażerowie mówią, że on jednak nie jedzie na Hbf, bo remont torów.
17) Wysiadam na Muenchen Ostbahnhof i zasuwam metrem na Hbf.
18) Najbliższy do Norymbergi jechałby ponad 2 godziny, lepiej poczekać na godzinny ICE.
19) Znajduję knajpę, kolacja jest całkiem-całkiem i telefon dali podładować.
20) ICE miękko i punktualnie dowozi do Norymbergi.
21) Jest już po północy; z dworca wychodzę wyjściem na jakąś budowę.
22) Wracam i kieruję się do innego wyjścia, znajduję taksówkę, docieram do hotelu.
23) Zapowiedziane czerwone drzwi, za którymi są klucze do pokoju, okazują się windą towarową.
24) Ze względu na złą passę podpieram drzwi walizką, zanim tam wejdę.
25) Wchodzę do budynku. Mój pokój będzie na samej górze, na 5 piętrze.
26) Ze względu na w.w. włażę z bagażami po schodach, żeby nie zaciąć się w windzie osobowej.
27) Jest prawie 1, więc już następny dzień, więc passa powinna się skończyć, prawda?
28) Rano odczepia się słuchawka prysznica - zalana łazienka i pół pokoju.
29) Na razie koniec, ale przede mną jeszcze powrót...
30) Po drugiej stronie ulicy jest kamienica w rozbiórce. Nie zawali się do jutra, prawda?
Sunday, 13 October 2019
Księżyc myśliwych, czyli rozdajcie broń
Wyszłam sobie z lapkiem na ganek trochę odpocząć od życia rodzinnego, a trochę popracować, nacieszyć się ciepłym wieczorem i pogapić na wschodzący Księżyc Myśliwych. Zaiste, cudnie jest, a komarów nie ma.
U sąsiadów trwa rodzinna impreza przy ognisku. Drze się czworo wnucząt i wrzeszczy sześcioro dorosłych, którzy próbują nad nimi zapanować. No... życie po prostu.
U sąsiadów trwa rodzinna impreza przy ognisku. Drze się czworo wnucząt i wrzeszczy sześcioro dorosłych, którzy próbują nad nimi zapanować. No... życie po prostu.
Wednesday, 9 October 2019
Czyściec Szyszki [przeczytaj to na głos]
Po pierwsze - nie wierzę w tzw. majestat śmierci. Wszyscy umrzemy, to taka czynność fizjologiczna.
Po drugie - jestem taką sobie chrześcijanką, ale nie wierzę w piekło.
Wierzę w czyściec i myślę, że Jan Feliks Szyszko właśnie do niego zmierza.
Ale nie będzie tam sadził drzew, o nie! Będzie musiał chodzić po puszczy. Takiej naturalnej, nieruszanej. I...
NIC NIE ROBIĆ!
Łosie go będą smyrać pytkami po szyi.
Martwe drzewa będą leżeć bezproduktywnie.
A on - nawet bez noża.
Jagódek nazbierać to maks.
Po drugie - jestem taką sobie chrześcijanką, ale nie wierzę w piekło.
Wierzę w czyściec i myślę, że Jan Feliks Szyszko właśnie do niego zmierza.
Ale nie będzie tam sadził drzew, o nie! Będzie musiał chodzić po puszczy. Takiej naturalnej, nieruszanej. I...
NIC NIE ROBIĆ!
Łosie go będą smyrać pytkami po szyi.
Martwe drzewa będą leżeć bezproduktywnie.
A on - nawet bez noża.
Jagódek nazbierać to maks.
Monday, 7 October 2019
Love me tender
Mariusz (*), dziś rano w pociągu do pracy przypomniała mi się Twoja opinia, że
rosyjski to najlepszy język na świecie do przeklinania. W tłoku stała
sobie uczennica liceum plastycznego i melodyjnym, ładnie rytmicznym
głosem referowała koledze - po rosyjsku właśnie - niezręczną sytuację
towarzysko-obyczajową. Naokoło nikt nawet nie odwrócił głowy. Kolega
komentował życzliwie acz zdawkowo, w tym samym języku i w podobnym
tonie.
A treść (w wolnym przekładzie) była mniej więcej taka: "Ja pierdolę, wyobrażasz sobie? Mówią chuje o mnie tak, jakbym się z nim całowała, sypiała z nim i kurwa nie wiadomo co jeszcze. No pizda, kiedy ślub i tak dalej. Sam przyznasz, że to popierdolone na maksa, kiedy obcy ludzie wiedzą lepiej, jak wygląda twoje życie seksualne. Co za zjeby, nie?"
(*) Kolega ze studiów, polsko-rosyjsko dwujęzyczny jeszcze bardziej niż ja.
A treść (w wolnym przekładzie) była mniej więcej taka: "Ja pierdolę, wyobrażasz sobie? Mówią chuje o mnie tak, jakbym się z nim całowała, sypiała z nim i kurwa nie wiadomo co jeszcze. No pizda, kiedy ślub i tak dalej. Sam przyznasz, że to popierdolone na maksa, kiedy obcy ludzie wiedzą lepiej, jak wygląda twoje życie seksualne. Co za zjeby, nie?"
(*) Kolega ze studiów, polsko-rosyjsko dwujęzyczny jeszcze bardziej niż ja.
Subscribe to:
Posts (Atom)